
Nie wiem, czy to skok rozwojowy, tęsknota za dziadkami, znudzenie , przesilenie wiosenne, wyrzynające się zęby, czy cokolwiek innego, w każdym razie Adaś po powrocie do Warszawy jest trudny do zniesienia. Nauczył się płakać, kiedy czegoś chce. A chce w większości przypadków żeby go nosić na rękach. Przestał spać w dzień (nie licząc snu podczas spaceru), mimo że mieliśmy już całkiem sprawnie funkcjonujący system drzemek. Bilans tych zmian jest taki, że bolą mnie już oba nadgarstki i nie mam na nic czasu.
Wczoraj wypiłam ciemną Fortunę, ale jeśli sytuacja się nie zmieni przerzucę się na portery.
Dobra wiadomość jest taka, że wykrzesałam z siebie dzisiaj resztki cierpliwości i uśpiłam naszego baby-saddama. Kosztowało mnie to 40 minut histerii (nie mojej, Adasia), ale ostatecznie się udało. Pomógł Turnau i smoczek. Jeśli mi ktoś powie, że smoczek jest zły, dostanie w zęby, albo Adasia na cały dzień do opieki w naszej kawalerce:)