Poszliśmy wczoraj na spacer, obadać teren.
Po odkryciu Da grasso, co szczerze mnie ucieszyło (jednak sieć pizzerii może człowieka uspokoić:) i zjedzeniu Decoro (ciasto bardziej wypieczone, więcej czosnku i - uwaga - olbrzymie słoiczki z sosami!) udaliśmy się przed siebie, starając się wypatrzeć jakieś różnice między Poznaniem a Warszawą. Pierwsza, jaka rzuciła mi się w oczy, to proporcje - tutaj jest wszystko większe, albo wyższe, albo przestronniejsze. Jak ulica, to z podwójnym przejściem dla pieszych, jeśli nowy blok - to wielki moloch i obowiązkowo szesnastopiętrowy. Nieco spokojniej i bardziej swojsko jest w głębi, kiedy człowiek już się oddali od ulicy i wejdzie między bloki. Trzeba przyznać, że udało się nam z lokalizacją mieszkania - jest w starym bloku z lat 70-tych, ale to na szczęście niskie budownictwo, raptem dwa mieszkania na piętrze, coś jak na osiedlu przyjazni, więc nie odczuwamy wielkomiejskiego gwaru, za to po przejściu 200 metrów jesteśmy na stacji metra i możemy już poczuć klimat miasta.
Dzwoniłam dzisiaj rano pod numer podany w ogłoszeniu o pracę. Kancelaria Adwokacka, zatrudnią dwóch aplikantów. Właściwie dzoniłam już wczoraj, ale facet, z którym rozmawiałam, mówił tak niewyraźnie, że zdołałam wyłowić tylko, że mam dzwonić do mecenasa. Zadzwoniłam i zamiast faceta usłyszałam kobietę, która wymamrotała coś, że nie ma teraz możliwości rozmawiać i się rozłączyła. Telefon nie wytrzymał napięcia i się rozładował. Zadzwonię po południu.
Dzisiaj mam rozprawę, jeszcze z namaszczenia mojej (heh, już nie mojej) kancelarii. Próba ugodowa, więc obejdzie się bez fajarwerków, a może to nawet lepiej, bo większa dawka emocji mogłaby mnie przerosnąć. Zobaczę przynajmniej warszawski sąd - na szczęście śródmieście, więc przy okazji zrobię sobie długi, krajoznawczy spacer.
And now back to English.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz