środa, 3 grudnia 2008

Z cyklu: "U rodziny z Warszawy" - część 2

Obudziło mnie szuranie za drzwiami mojego tymczasowego pokoju...to przemysław i pati szykowali się do pracy. przywitałem się i pożegnałem w jednej chwili. Wyszli. Zostałem sam. Sam w mieszkaniu, sam w warszawie, w stolicy. Szybkie śniadanie, prysznic, ulubione perfumy, nieoceniony atlas pati w ręku i mogę ruszać w miasto.
I tak też się stało. O godzinie 10.00 wyszedłem z domu.
Ekscytacja przeplatana z lękiem była mieszanką wybuchową, która niepewnie popychała mnie do przodu.
-„masz mapę, telefon, kasę w portfelu, musi być dobrze” – powtarzałem sobie wielokrotnie.
-„kieruj się na prawo, tam jest metro”- jak mantra kłębiły się w głowie słowa przemka i patrycji.
Minąłem wszechobecne w warszawie osiedlowe błogosławieństwo – market Marcpol – i zszedłem do metra. Kupiłem bilet – tak jak radziła pati- całodobowy. Pierwsze wydane w wawie pieniądze- 4.5zl. Teraz mogę szaleć. Po chwili namysłu, wybrałem kierunek jazdy i wsiadłem do metra. Metro...hmmm...ciekawe doświadczenie. Cholernie nudno. Dla mnie tylko pozornie, bo w środku drżałem ze zdenerwowania...”żeby tylko wysiąść na dobrej stacji”. Widok z okien żaden, ciemno...ludzie zaczytani, czuć było ogromny dystans pomiędzy nimi, zero dostępności. Wirtualny głos wydukał ‘centrum’, to był mój przystanek.
Niepewnie udałem się ruchomymi schodami na górę, Dzienne światło otuliło moją twarz. Wszystko fajnie, tylko co teraz??? Nie wiem! Idę przed siebie. Coś słyszę...czy to muzyka...emm...być może dla kogoś kto ją wykonywał, ale nie dla mnie. Koleś pałeczkami do perkusji grzmocił w nogi odwróconego drewnianego krzesła...taaaa...warszawa, pięknie.
Idę dalej. Przed oczyma wyrósł pałac kultury a zaraz obok niego sieć tandetnych tanich straganów typu poznańskie bema. Specyficzny widok.
Przemek i Pati bardzo często podkreślali brzydotę pałacu kultury więc wiedziałem, że będzie to pierwsze miejsce do weryfikacji. W sumie, dla mnie bomba. Z zewnątrz niczego sobie budyneczek trochę przypominający londyńskiego bigbena. Włażę do środka, w końcu nieczęsto bywa się w stolicy. Nie odstraszyło mnie nawet 15 zyla, które musiałem uiścić w kasie, żeby mieć wątpliwą, jak się później okazało, przyjemność podziwiania miasta z 35 (?) piętra tego uroczego przybytku. W cenę wliczona była też jakaś galeria na którą ostatecznie nie dotarłem.
Pani windziarka bardzo miła, przyjemna muzyczka z lat 80 i pnę się na szczyt.
Widok z pałacu, delikatnie mówiąc, nędzny. Nie wiem czy to wina pogody, czy po prostu specyfika miasta, było bardzo szaro smutno nieciekawie, a radosnych akcentów dodawały jedynie kolorowe bilbordy zagranicznych firm (orange, pepsi;) ). Pierwsza próba opuszczenia tego miejsca zakończyła się fiaskiem. No pięknie! Zgubiłem się w pałacu kultury i nauki. Po kilku nietrafionych drzwiach, klatkach schodowych, poradach ochrony i pani windziarki, mokry od potu opuściłem to legendarne miejsce.
Dotychczasowe wrażenia? Zmotoryzowani Warszawiacy nie przepuszczają na przejściach dla pieszych.

1 komentarz: